Chwila oddechu. Dzisiaj kolejny raz przekonałam się, że polska służba zdrowia to farsa. Na szczęście mały to twardziel po tacie i nie dał się zatrzymać w szpitalu. Matce zawsze serce krwawi jak dziecię chore, ale właśnie dlatego muszę być silna. Wiele mnie kosztowało, żeby cynicznym paniom z przychodni, szpitala nie odpowiadać językiem, który bardziej pasowałby do ich poziomu. Przykro mi bardzo, ale naprawdę był dość niski. Ja rozumiem wkurzenie, że zawracam głowę o siódmej rano. Totalny bezsens dziecko ma gorączkę od kilku dni, antybiotyk nie działa a ja sieje zamęt. Wiem powinnam poczekać, aż stan na tyle się pogorszy, że wezwę pogotowie, które przyjedzie za 5 godzin. Nie lubię tak smędzić, ale czy ludzie naprawdę muszą utrudniać sobie życie. O co tym kobietom chodziło? Nie wiem.
Po powrocie z kołchozu, dzień ułożył się bardzo wesoło. Odwiedziły mnie kumpele uśmiechnięte i naprawdę dawno się tak nie zrelaksowałam. Człowiek potrzebuje kontaktu z innym człowiekiem, trzeba przewietrzyć myśli, zresetować mózg. Bez tego coś w nas umiera. Przebywając ciągle w tej samej energii, tracimy część siebie. Bardzo się cieszę, że można jeszcze spotkać wesołe, niezrzędzące, szczęśliwe osoby. Ja jestem złośnicą, więc różnie to bywa. Staram się trzymać stan Zen, ale jak już pisałam, czasami jest to niemożliwe, nierealne. I nie mam o to żalu do siebie. Nie zakładam, że komuś coś lepiej wychodzi. Jestem jaka jestem. Albo się mnie kocha albo nienawidzi. Mogę jedynie pracować nad sobą dla siebie samej, rodziny, a czy reszta świata mnie pokocha? Zawsze jest mi miło, jak ktoś akceptuje mnie z całym bagażem. Akceptacja słowo klucz. Ludzie łakną akceptacji, chcą wszędzie pasować. Niektórzy są wiecznymi buntownikami i idą w drugim kierunku niż reszta. Moim zdaniem są to jednak osoby, które same siebie nie akceptują i nie wierzą, że ktoś jest w stanie to zrobić. Ja już zaakceptowałam swoje wady, siebie i staram się posiąść umiejętność przyjmowania komplementów w sposób cywilizowany.
W moim świecie magicznej kury domowej, miał dziś miejsce incydent pewien. Ubzdurałam sobie, że córeczka ma zajęcia taneczne na 16:30. Niezwykłe jest to, że wierzyłam w to od soboty;) koleżankom też o tym przypominałam!
Załatwiłam opiekę do malucha, ściągnęłam tatę. Plan perfekt! Kumpele poszły ze mną, po córkę do szkoły. Zaprowadziłam ją piętnaście minut przed czasem na tańce i zadowolona poszłam do kawiarni za rogiem;) Cóż okazało się, w momencie kiedy wróciłam po córkę, że jej zajęcia dopiero się zaczną;/ O LOSIE!!! No niby nic się nie stało, była pod opieką, czekała pod salą. Było mi jednak smutno, że tak mi się pomieszało. Zuz mi wybaczyła, nie miała nawet żalu. Złote dziecko kochane. Mam tyle na głowie, że muszę zacząć oklejać dom żółtymi karteczkami chyba. Staram się wszystko ogarniać najlepiej jak się da. Ile może jeden człowiek, niby wiele. Natomiast permanentnie zmęczony jeden, adin człowiek, zdecydowanie mniej.
Gdzie jest granica matczynej wytrzymałości, odporności. Nie ma limitu spraw do załatwienia na już. Matka pociągnie wszystko, jak wielbłąd;) Tylko czasami trzeba się zatrzymać, ocenić realnie sytuację i dać działać innym, odpuścić!
Potem narzekamy, że nie mamy na nic czasu, że słabo z kobiecością, flirtem, chemią w związku. Dzieci są ważne bardzo, numer jeden wręcz! Dla mnie liczy się też bardzo bardzo moja relacja z partnerem życiowym. Trzeba wszystko tak wyważyć, żeby była kompatybilność w tym całym zamęcie:) Zależy też kto czego do szczęścia potrzebuje!
Czas pomyśleć o sobie moje mamy kochane. Zasługujecie na czas dla siebie. Dacie wtedy z siebie więcej! Piękno jest w Was. Cieszę się, że udało mi się odkryć je w sobie. Dawno nie czułam się tak dobrze:)
Dobranoc!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz